Dlaczego zatwardziały ateista poleca nauki przedmałżeńskie?

Po co niewierzącym nauki przedmałżeńskie i czy w ogóle ktoś, kto na co dzień myśli racjonalnie może takie kościelne pranie mózgu polecać?

#Nauki przedmałżeńskie

Na początek trochę faktów. Według danych GUS, w zeszłym roku w Polsce zawarto około 180 tysięcy małżeństw. W tym samym czasie 66 tysięcy par się rozwiodło. Owe pary, jako główne przyczyny swych rozwodów podają zdradę małżeńską, niezgodność charakterów i niedobranie seksualne.

O ile na skłonność do skoków w bok rady jako takiej nie ma, to o niedobraniu seksualnym, czy w szczególności niezgodności charakterów, któś mógłby przecież młodym ludziom opowiedzieć co nieco zawczasu. Rodzice tych tematów często unikają, zaś szkolne wychowanie do życia w rodzinie to jest jawna kpina, w dodatku prawie nikt na to nie chodzi. Kto, lub co więc zostaje? Kto choć jeden próbuje jakoś młodym ludziom wyjaśnić, że małżeństwo to nie tylko mieszkanie na swoim i dziki seks o dowolnej porze bez strachu, że mamusia wejdzie i zepsuje zabawę?

Otóż właśnie Kościół. Jako jedyny o tym myśli i próbuje przyszłych małżonków wprowadzić co nieco w ten świat wspólnego życia, rodziny, dzieci, brudnych garów i pieluch, ciągłego bycia razem i dzielenia się nie tylko radością, ale i obowiązkami. Czasem czyni to nieudolnie, czasem bardziej sensownie, ale przynajmniej się stara.

Nie wymagam oczywiście od księży, aby próbowali się na naukach przedmałżeńskich mierzyć z niedobraniem seksualnym, w sumie to chyba bym nawet wolał, żeby trzymali się od takich rzeczy jak najdalej, ale nauki przedmałżeńskie to dziś nie tylko księża, zakonnice i przemiłe starsze panie, których słuchanie jest najpewniejszą chyba naturalną metodą antykoncepcji. Dziś księża zapraszają zaprzyjaźnione małżeństwa (niektóre z nich naprawdę potrafią ciekawie, sensownie i szczere opowiadać o “tych sprawach”), instruktorów NPR , naprotechnologów (wśród nich zdarzają się i lekarze), a nawet ginekologów i psychologów. Się porobiło.

Ale dość już o seksie. To za co najbardziej cenię nauki przedmałżeńskie, w każdym razie te co sensowniejsze, bo trafić można różnie, to próba pokazania młodym ludziom, że małżeństwo to dwa różne charaktery, które non stop się w trakcie swej wspólnej drogi ścierają i spierają. Umiejętności komunikowania swoich potrzeb i oczekiwań w związku nie uczy w tej chwili młodych ludzi nikt. No chyba, że koleżanki na plotach, albo koledzy w trakcie wspólnego topienia smuteczków.

Tymczasem dominikanie na przykład w trakcie nauk przedmałżeńskich organizują coś na kształt warsztatów psychologicznych, dają młodym kroić wspólny tort odpowiedzialności, próbują im pokazać, z jakich drobnych upierdliwości składa się codzienne życie razem. Każą im na zajęciach choć trochę lepiej się poznać. Wielu uczestników takich zajęć długo nie może wyjść z szoku, gdy pokazuje się im dzięki prostym testom psychologicznym jak w gruncie rzeczy mało o sobie wiedzą, choć właśnie decydują się przeżyć razem resztę życia.

Oczywiście Kościół to tylko ludzie. Różni ludzie. Zdarzają się więc na naukach przedmałżeńskich sytuacje absurdalne, nierzadko można tam usłyszeć bzdury jakich mało. Wszystko zależy na kogo się trafi. Ale przecież tak samo jest z małżeństwem - zależy na kogo się trafi. I to właśnie Kościół stara się to młodym ludziom pokazać, wytłumaczyć. Przestrzec może przed popełnieniem błędu, którego konsekwencji młodzi ludzie czasem zupełnie nie rozumieją.

I to mimo, tego, że Kościół nie uznaje rozwodów. A może właśnie dlatego?

Dlaczego zatwardziały ateista poleca nauki przedmałżeńskie?